Czasem wiatr uderza w twarz tak niespodziewanie, że odruchowo odwracam sie plecami do niego. Zwykle towarzyszy temu mniej lub bardziej rzęsisty deszcz. Szarość wszystkich chmur; późna, nie udana zima jest zawsze dobrym momentem na nienawiść.
Wydawało mi się, ze wszystko już słyszałem. Wszystkie dźwięki znam, układy kakofonii w zbiorowości najróżniejszej potrafię przewidzieć. Rozpoznać i nazwać. Potrafię się odwrócić gdy zaboli i po chwili iść dalej. Teraz jednak, zdaje się, że musze odpokutować za swoją próżność, powoli i systematycznie przewracając oczami, gdy tylko poczuje nowe. Bynajmniej nie jest to łatwe. A ciekawość zawarta w „próbach” parzy skórę. A wszystko po to aby „aż” nie „tylko”- by wejść na wzgórze i poczuć smak najdalszego punktu, który się widziało gdy było się na dole. Cudownie w wyobraźni czując jak wiatr wcześniej uporczywie mrożący, teraz unosi mnie, dbając bym widział wszystko jak najdokładniej. I pamiętał najdrobniejszy podmuch z nieopisanych wcześniej stron. Mimo tego nawet, iż wcześniej nie chciałem ich poznać, zamykając oczy i odwracając się od chwil, które teraz to wiem, nosiły brzemię, a w większości rodziły się na skraju stron. Teraz je widzę. Teraz ja tworze kakofonie, gdy chce. Teraz to ja idę i staram się. I czuje się dobrze w ciszy. Tak wspaniale poddając się najdrobniejszemu dźwiękowi, w cale nie czekam na ścianę porywających mnie morskich zamieci. One zostały gdzieś tam, na dole.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz