adam amator jabłek
środa, 18 stycznia 2012
poniewczasie
Od teraz zamierzam używać tego miejsca do bardziej cyklicznego przelewania moich myśli na wirtualny papier o różnych zabarwieniach. Wcześniejszych postów nie kasuję. Uważam, że są śliczne i takie w mym sercu pozostaną. Chciałbym, żeby było jasne iż jestem dyslektykiem. Dysgrafia ma wam w oczy bić nie może, objawy dysortografii a i owszem jeśli ten piękny program do poprawiania nie będzie działać tak jak powinien. Nie zamierzam w związku z tym w jakikolwiek sposób się tym przejmował.
Pozdrawiam moich wszystkich przyszłych czytelników:)
wtorek, 10 marca 2009
Dawno nie widziałem słoni
Czerń dotyka mnie
Chciałbym żebyś wiedziała
Jak bardzo diabeł mi się podoba
Mogę krzyczeć
Mogę płakać
Tak jak nigdy wcześniej
Ponieważ
Potrzebuje głębokiej penetracji głębokiej penetracji
I może jeszcze trochę głębiej dotykam wodnistej skroni
Nie jestem ważny
Nie jestem taki
Pytaj mnie, o co chcesz i tak ci odpowiem
Dawno nie widziałem słoni
Twoja twarz zakropiona czymś
Co widzi mnie takim, jakim jestem
Potrzebuje trochę słońca
Odrobinę spojrzenia na świat
I zaraz potem wrócę
Obiecuje takim, jakim jestem
Nie ważnym
czwartek, 15 stycznia 2009
powinienem
Kładąc się spać nie zamykam od razu oczu, delektuje się ta nieopisaną błogością, która odczuwają również nie które dziewczyny słysząc mój głos, jego barwę. Leże z otwartymi oczyma i słucham marzeń, widzeń, przede wszystkim wspomnień, licząc każde z osobna i odnotowując wszystkie które zapomniałem kolejnego dnia. Bez przesady. Można by napisać całkiem dobry dowcip o tym, jak moje wspomnienia wszelakie rysują moje zachowanie wczoraj, dziś i jutro. Po angielsku najlepiej, opisać oczywiście. Gdy zamykam oczy, wiem, ze następny dzień będzie kolejnym długim trwaniem. wiesz jak to jest wieczorem leżeć z zamkniętymi oczyma, i myśleć, który cytat przeczytanych książek pasował by na podsumowanie dnia właśnie przetrwanego. Kotłują się w tedy wersy i budują swój własny niepowtarzalny styl literacki. Budują sen. Więc czym tak naprawdę jest sen? A no podsumowaniem dnia wczorajszego, przedwczorajszego i idąc dalej dnia dziecka. Sen jest kwintesencją, esensją tego co istnieje po wschodzie słońca.
Wstaje, nie otwieram oczu, staram się przypomnieć sen, który przed chwilą pocił mi skronie, wysuszał wargi. Zaraz zasnę, jeszcze chwila, jeszcze trochę . Otwieram oczy. Rano. Przypominam sobie wczorajszą desperacje.
czwartek, 25 grudnia 2008
“Moje małe prywatne ciche wzgórze” z cyklu “wychędoż się sam”
Czasem wiatr uderza w twarz tak niespodziewanie, że odruchowo odwracam sie plecami do niego. Zwykle towarzyszy temu mniej lub bardziej rzęsisty deszcz. Szarość wszystkich chmur; późna, nie udana zima jest zawsze dobrym momentem na nienawiść.
Wydawało mi się, ze wszystko już słyszałem. Wszystkie dźwięki znam, układy kakofonii w zbiorowości najróżniejszej potrafię przewidzieć. Rozpoznać i nazwać. Potrafię się odwrócić gdy zaboli i po chwili iść dalej. Teraz jednak, zdaje się, że musze odpokutować za swoją próżność, powoli i systematycznie przewracając oczami, gdy tylko poczuje nowe. Bynajmniej nie jest to łatwe. A ciekawość zawarta w „próbach” parzy skórę. A wszystko po to aby „aż” nie „tylko”- by wejść na wzgórze i poczuć smak najdalszego punktu, który się widziało gdy było się na dole. Cudownie w wyobraźni czując jak wiatr wcześniej uporczywie mrożący, teraz unosi mnie, dbając bym widział wszystko jak najdokładniej. I pamiętał najdrobniejszy podmuch z nieopisanych wcześniej stron. Mimo tego nawet, iż wcześniej nie chciałem ich poznać, zamykając oczy i odwracając się od chwil, które teraz to wiem, nosiły brzemię, a w większości rodziły się na skraju stron. Teraz je widzę. Teraz ja tworze kakofonie, gdy chce. Teraz to ja idę i staram się. I czuje się dobrze w ciszy. Tak wspaniale poddając się najdrobniejszemu dźwiękowi, w cale nie czekam na ścianę porywających mnie morskich zamieci. One zostały gdzieś tam, na dole.
